prawości, prostości i poszanowania swego sumienia, bo nikt go w nich nie zbudził. Nie przeżyli wraz z ludami aryjskiemi epoki rycerstwa średniowiecznego, humanizmu, renesansu, wieku oświecenia, doby romantyzmu; żyli w klimacie duchowym świata, kierującego się zasadą, że "gdy rubel dostanie się do kasy ogniotrwałej, to całkiem jest podobny do tego, którego tam spotkał, i żaden z nich nie powie, jaką drogą tam się dostał". Otóż żydzi warszawscy mogli wybębnić medycynę, inżynjerję, prawo, ekonomję polityczną, filozofję, liberalizm, socjalizm i co kto chce, ale DUSZY ich nic nie zmieniło, co sami instynktownie czuli, gdyż mając do czynienia z najbardziej oddanym sobie Polakiem, wprost fatalistycznie czekali momentu, kiedy w nim zbudzi się... antysemita, jak z niepokojem wyczekuje guwernantka chwili, kiedy jej elew, wpadłszy w pasję, zawoła: "A pani coś mi opowiadała o tych bocianach!\'\' Żydzi inteligentni Warszawy mogli, jak niedawno zmarły Stanisław Mendelson, wyjść z Ghetta, zatoczyć wielką elipsę wszystkich kombinacji intelektualno-djalektycznych, w której to elipsie suma promieni wodzących z każdego punktu jej poprowadzonych była zawsze stała, i wrócić — do Ghetta z tą samą duszą talmudysty. Ludzie ci bezwiednie całkiem brali swój antykatolicyzm za liberalizm, a swój antygoizm za supranacjonalizm. Tej złudzie zabawnej ulegał zarówno poprawiający poetów w zakresie czystości polszczyzny żyd-lekarz, który wytykając szlachcie herby, dawał równocześnie obrzezywać swych synów niechlujnym mohelom, choć sam wedle tego, jak go na uniwersytecie wymustrowano, onego szlachcica operował aseptycznie — jak i nieuk-agitator, kaleczący polszczyznę, który podbuburzał robotnika polskiego przeciw "klerykallyzmowi" i "białłej gęszy" tej "spodllonej buhżuazyji pollskej", ale w Dzień
Sądny przekradał się do bóźnicy, a na Talmud patrzył, jak na "Das Kapytal" Karola Marxa, którego naturalnie tak nie czytał, jak nie czytał Talmudu, bo to, co z niego otrzymał, unosiło się niejako w powietrzu, owiewało go w domu, w kole rodzinnym, w gronie przyjaciół, na ulicy, w restauracji z napisem na szybie "koszer" i t.p.
4. NIETYKALNOŚĆ TALMUDU.
Toteż jako fakt niewątpliwy stwierdzić należy, że dla żydów wszystkich warstw, zamieszkałych na ziemiach naszych i wogóle na wschodzie Europy, Talmud jest dotąd powagą nienaruszalną.
Niech mi wolno będzie przytoczyć kilka charakterystyczniej szych faktów.
Próba krytyki Talmudu na konferencji w kwestji żydowskiej Związku Młodzieży w dniu 28 maja 1907 roku w sali Muzeum Przemysłu i Rolnictwa w Warszawie wywołała śród zebranych tam żydów wrzawę nieopisaną. Młodzież żydowska, podająca się za postępową, rzuciła się na krytyka z laskami; "byliby go zlinczowali, gdyby nie interwencja reszty zgromadzenia" (N* 22 "Izraelity" z 7. VI. 1907).
Artykuły moje o Talmudzie wogóle, a o Szulchan- Aruchu w szczególności spowodowały gwałtowne protesty warszawskiego "Izraelity", (poczynając od N* 26 z 5. VII. 1907 r. aż do ostatniego, czyli N* 47 z 21. XI. 1913, kiedy go sami wydawcy zawiesili), co było tym ciekawsze i znamienniejsze, że pozostawał pod redakcją człowieka, który przedtym założył w Paryżu miesięcznik "Panteon" dla walki z katolicyzmem i który był owym krytykiem Talmu-
du w d. 28 maja 1907 r. U żydów tłum rządzi i doprowadza w krótkim czasie "niesforne" jednostki do porządku. Gdy w marcu 1910 roku zjawiłem się na wieczorze dyskusyjnym Zjednoczenia Postępowego w kwestji żydowskiej z tomem Talmudu w ręku, aby odeprzeć arogancki i niesłuszny zarzut żydów, stawiony pisarstwu polskiemu, iż fałszywie cytuje Talmud, przedstawiając go w świetle błędnym, prezydjum, prócz jedynego przewodniczącego złożone wtedy jeszcze z samych lekarzy i adwokatów żydowskich, \'nie pozwoliło mi na ten temat mówić (N* 130 "Myśli Niepodległej", str. 445).
W tym czasie publicysta i poeta Leo Belmont wystąpił w dzielnicy żydowskiej z krytyką etyki talmudycznej. Powstała na jego prelekcji taka awantura, że ledwie zdołał schronić się do dorożki i jeszcze w tej dorożce tłum go napastował.
Przeciwko ks. J. B. Pranajtisowi za jego ściśle naukowe Studjum "Christianus in Talmude Judaeorum" z nieopisaną pasją wystąpiła "Nowa Gazeta" w N* 507 z 3. XI. 1913, fałszując wszystkie cytaty z bezprzykładną wprost bezceremonjalnością, co wykazałem jej źródłowo w publikacji "Ksiądz Pranajtis i jego przeciwnicy", a co zostało zauważone przez różne pisma i "Nowej Gazecie" wytknięte, ona zaś nawet nie próbowała się usprawiedliwić z tak hańbiącego zarzutu. Jest to tym bardziej zastanawiające, że tak postąpił organ, podający się za wzór liberalizmu, postępowości, niezależnego i uczciwego myślenia, redagowany przez znanego ekonomistę, wzywającego młodzież do walki z chrystjanizmem a specjalnie z katolicyzmem, z nacjonalizmem i szowinizmem polskim, i drukującego wciąż rozmaite protesty tej — ślepej moralnie — mło-
dzieży, w imię — wyższego typu moralności prywatnej i publicznej!
Warszawski "Dzień" w N* 295 w notatce "Skandal na odczycie" pisał: "W sobotę (13. XII. 1913) wieczorem jakiś pisarz żargonowy H. Cajtlin wygłosił w warszawskim "Hasomirze" hebrajskim odczyt p.t. "Etyka Talmudu". Podczas odczytu, na którym byli naturalnie sami żydzi, powstały krzyki, wołania i gwizdanie. Prelegent z trudnością zakończył odczyt, po którym wznowił się skandal".
5. WYZNANIE MOJŻESZOWE CZY TALMUDYCZNE.
Nazywanie religji naszych żydów "mozaizmem" a żydów ludźmi "wyznania mojżeszowego" albo "starozakonnemi" jest właściwie błędne i nie wytrzymuje krytyki, pojmowanej źródłowo.
Nazwy te stosowałyby się słusznie do Samarytanów i Karaitów, istotnych czcicieli Starego Testamentu i nie posiadających żadnych innych ksiąg świętych. Z większym prawem mógłby nawet chrystjanizm rościć pretensje do "starozakonności", albowiem nie wypaczył Dekalogu, jak go wypaczyli żydzi. Ale chrystjanizm, zachowując cześć dla Starego Zakonu, oparł się na Nowym, żydzi zaś, zachowując również cześć dla Starego Testamentu, oparli się na Talmudzie.
Ale w samym Talmudzie znajdują się różne a całkiem wyraźne potwierdzenia faktu, iż usuwano Biblję w cień. Rabini uczyli, iż sławny rabbi Eliecer kazał uczniom dzieci swe sadzać między kolana uczonych a nie dawać im czytać, to znaczy nie dawać czytać Pisma (Berachot 28b).